Czy może być coś gorszego niż pretensjonalne teksty uzupełnione nudną, przewidywalną muzyką? Pewnie, że tak, pod warunkiem jednak, iż uzupełnimy to wszystko orkiestrą symfoniczną. Piotrowi Roguckiemu i kolegom udało się to w stu procentach.
Całość brzmi jakby Coma zaczęła współpracować z Piotrem Rubikiem.
Miałem to zamieścić jeszcze w kwietniu, ale najwyraźniej byłem bardzo zajęty, stąd taka długa przerwa pomiędzy serią utworów poświęconych temu, co stało się w Smoleńsku.
Sara May to ponoć naczelna krytykantka polskiego szołbiznesu, regularnie krytykująca w ostrych słowach inne gwiazdy i gwiazdeczki. Sama jednak nie potrafi ustrzec się przed tandeciarstwem, o które posądza innych celebrytów - tuż po najsłynniejszej katastrofie w dziejach naszego kraju wyczuła chwilę i nagrała ten utwór - tak podniosły i wzruszający, że aż się rzygać chce.
Bardziej szczerze i poruszająco brzmi chyba poświęcona tej samej tematyce piosenka Gracjana Roztockiego.
P.S. Obiecuję, że tym utworem kończę wątek smoleński na Kicz Hunterze, chociaż kto wie? Może akurat trafi się coś naprawdę godnego uwagi?
Znalazłem linka do tego kawałka w komentarzach do poprzedniego wpisu, a jako że rzadko tu zaglądam, to dopiero teraz go zauważyłem. Niezwłocznie postanowiłem więc reaktywować tego trupa zwanego Kicz Hunterem. Przy okazji jakiegokolwiek kawałka Rhapsody momentalnie przypomina mi się rozmowa Randala z Eliaszem w filmie "Sprzedawcy 2":
- Randal, laski uwielbiają Władcę Pierścieni. - Tak, ale tylko takie, które jarają się elfami, mieczami i innym gównem. Nie chciałbym takiej przejebać nawet pochodnią Gondoru.
Metal, miecze, długie włosy. Czego więcej trzeba?
P.S. Jeśli macie jakiś godny uwagi materiał na tego bloga, proszę śmiało dawać linki w komentarzach. Objedziemy wszystko równo.
Doniu zapisał się w mojej pamięci jako jeden z tych polskich hip-hopowców, którzy za wszelką cenę chcieli osiągnąć sukces w polskim mainstreamie - no i udało mu się. Udało mu się dzięki prostym kompozycjom i odpowiedniemu "wyczuciu chwili" - w końcu tragedia pod Smoleńskiem to nie pierwszy temat z najnowszej historii, który Doniu wziął na warsztat. W końcu w słynnej polskiej przeróbce hymnu ukraińskiej Pomarańczowej Rewolucji i on maczał palce. To także on był jednym z architektów sukcesu wiekopomnych "Suczek" i "Skarbów".
Jeśli mimo wszystko to Was wciąż nie przekonuje, to spójrzcie na listę współpracowników Donia: Mezo, Verba, Kombii, Gosia Andrzejewicz, Agnieszka Włodarczyk. Imponujące, prawda?
Ostatnio gwiazda Donia nieco przygasła, ale może znów zacznie świecić jasnym blaskiem dzięki poniższemu dziełu:
No to się zaczęło. Pierwszy był chyba Gracjan Roztocki, który o katastrofie w Smoleńsku zdążył napisać już dwa kawałki. Na tym nie mogło się skończyć - kwestią czasu było to, że wkrótce ukażą się kolejne, tym bardziej profesjonalnie nagrane, utwory. W ciągu najbliższych dni zaprezentuję je wszystkie - zaczynamy od niekwestionowanej legendy polskiej estrady, prowadzonej niestrudzenie już od piętnastu lat przez charyzmatycznego Michała Wiśniewskiego grupy Ich Troje.
Tym razem Michał konkretnie dał radę. Szczyt pretensjonalnego patosu i grafomanii został osiągnięty.
Potrafi ktoś wytłumaczyć, o co tu do jasnej cholery chodzi? Czy Stachursky oszalał? A może zaczął ćpać twarde dragi? Jego muzyka nigdy nie była nawet w najmniejszym stopniu ambitna, ale tym razem przeszedł samego siebie.
Potężna wichura, łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze. Uważaj! Uważaj! Uważaj! Uważaj! Uważaj! Uważaj! Uważaj! Uważaj! Tak, wiem, wtedy nie będzie zmiłowania, łaski nie będzie. Tak wiem, dziś nasza kolej, już ustawiony sprzęt jest na stole.
I dosko się czuję. I wszystko kapuję. Na lekkiej fazie. Wciąż trybię i jarzę.
(...)
Potężna wichura, łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze. Siwy dym i białe sadze, będzie dzisiaj kamikadze. Tak wiem będą jasełka, wszyscy gotowi i nikt nie pęka, kamień na kamieniu tutaj nie zostanie. My królowie mety, ryjemy berety
Lubię jeździć autostopem, jest to niezła metoda na poznanie rzeczy, o których bym w innym wypadku nigdy nie usłyszał. Półtora roku temu jechałem na ślub kolegi i podwiozła mnie elegancka para po pięćdziesiątce. Jechali całkiem wypasionym BMW - ładnie błyszczące, skórzane siedzenia i niezły sprzęt grający. W sprzęcie grającym kręciła się płyta Verby.
Przy okazji najnowszego hitu Meza napisałem, że połączenie popu, rapu i piosenek o miłości nie jest najfortunniejszą kombinacją, jeśli chce się osiągnąć kompromis artystyczny. Przypadek Verby to doprowadzone do skrajności potwierdzenie tej tezy.
W jednym tekście słyszymy, że "Miłość zabija, choć nie ma bez niej życia". W innym z kolei dowiadujemy się, że "Dzisiaj będziesz moją kicią, inne kotki się nie liczą". Mało który artysta gotów jest na tak brutalny atak na poczucie dobrego smaku. Zapraszam do słuchania.